RSS
czwartek, 18 marca 2010

Dzisiaj mając na uwadze zbliżający się wielkimi krokami koniec kalendarzowej zimy, chciałbym przedstawić mrożąca krew w żyłach i szare komórki w mózgu historię pięknej pani szeryf, spędzającej upojne dni w stacji arktycznej Amudsen-Scott. Tak, dobrze słyszeliście – amerykański wymiar sprawiedliwości działa nawet w tak abstrakcyjnych rejonach świata jak Antarktyda. Tam właśnie toczy się oszroniona śnieżnymi kryształkami błyskotliwości fabuła filmu o tytule Whiteout.

Na początek trochę podanych na zimno faktów z opowieści. Otóż główna bohaterka, grana przez najseksowniejszą kobietę świata (przynajmniej według magazynu Esquire), czyli Kate Beckinsale, jest amerykańskim szeryfem pilnującym prawa i porządku w zamkniętym światku arktycznej stacji naukowej. Tuż przed zakończeniem trwającej kilka sezonów służby, na jej drodze pojawia się zamarznięty, jak poświąteczny bigos, trup. Dzielna Kate ma szanse przejść do historii, ponieważ scenariusz podsuwa nam trop, że oto jesteśmy świadkami pierwszego w dziejach morderstwa na zalodzonym kontynencie. A więc dzielna pani szeryf wdziewa onuce, seksowną futrzaną czapę i zaczyna śledztwo o jakże łatwym do przewidzenia finale.

Cóż, lubię zimę i śnieżne klimaty. Może z wyjątkiem lodowego koszmaru, jakim był niewątpliwie Cliffhanger z nieśmiertelnym Sylwestrem Stallone. Nieobce mi są zimowe gry i zabawy, a jako kinoman pamiętam też kilka filmów, w których śnieg, mróz i lód grały pierwszoplanową rolę. Warto wymienić tu choćby niezły Vertical Limit, Dramat w Andach, czy też niedościgniony wzór filmów o lodowych pustyniach – The Thing, Johna Carpentera. Tu muszę przyznać, że miałem przed oczami tamten obraz, kiedy widziałem pierwsze sceny Whiteout’a i zupełnie niepotrzebnie nastawiłem się na podobny nastrój grozy, samotności, przejmującego do szpiku kości przerażenia i mrozu. Nie wiedzieć czemu myslałem ciągle o opowiadaniu „W Górach Szaleństwa” mistrza Lovecrafta. Nie muszę chyba dodawać jak srodze się rozczarowałem.

Dla mnie Whiteout to film nierówny. Pociąga mnie jego wizualna strona, ładnie sfilmowane lodowe pustynie Antarktydy, wszechobecny śnieg i lód, puchowe parki, gogle i lodowe czekany. Dobrze prezentują się oksydowane wnętrza stacji Amudsen-Scott, powracają do mnie wspomnienia, kiedy widzę zamarznięta na kość stację Wostok, i liczę na to, że nagle z zaspy wychynie machający okrwawionym czekanem Kurt Russel. Ale tak się niestety nie dzieje. Zamiast tego mamy śliczną jak świeżo ulepiony bałwanek Kate Beckinsale, równie dobrze komponującą się z polarnym otoczeniem jak jeż z fabryką kondomów. Może się czepiam, ale o ile lepiej prezentowała by się na jej miejscu aktorka starsza, o mniej filmowej urodzie, która na ekranie byłaby dla nas bardziej prawdziwa niż piękna Kate. Co do kunsztu aktorskiego - są momenty dobre, nawet przejmujące – głównie w wykonaniu pani szeryf. Reszta postaci jest trochę jednowymiarowa, twardziel z ONZ (Gabriel Macht), główny lekarz stacji (Tom Skerrit w słabejformie) i obowiązkowy w każdym amerykańskim filmie murzyn, tutaj w roli arktycznego pilota (Columbus Short). Brak jednak między nimi jakichkolwiek głębszych interakcji, ucieka reżyserowi to, co mogło być wielkim atutem filmu – reakcje ludzi poddanych nie tylko ekstremalnym warunkom fizycznym, ale też psychicznemu naciskowi wiedzy, że gdzieś w białym tumanie czai się nieuchwytny cień. Może wtedy film podryfowałby w stronę psychologicznego thrillera o samotności i bezradności, które na Antarktydzie powinny rozciągać się na całe mile lodowej pustki wokół. Ale Whiteout przymarzł mocno do typowego hollywoodzkiego wzorca, nie próbując nawet zaskoczyć nas, jeśli nie konwencją, to chociaż rozwiązaniem zagadki. W zasadzie to pierwsze 10 minut wyjaśnia nam całą intrygę, jeżeli nawet nie domyślamy się kto zabija, to przynajmniej wiemy dlaczego. Wyjaśnienie motywu jest nawet zgrabne i dla mnie wystarczająco wyjaśnia dlaczego padły te wszystkie trupy.

Szkoda trochę tego materiału, nawet ze swoimi aktorami średniej klasy, mógł Whiteout przebić lodową skorupę sztampy i banałów, ale niestety nie wyszło i zamiast tego zapadł się po uszy w zaspę przewidywalności i odtwórczych klisz. Dostaliśmy typową produkcję o strasznym zabójcy, który dostaje w finale za swoje i to w jakiś paskudny sposób. Nie ratuje tego filmu ani postać głównej bohaterki ani piękne pejzaże Antarktydy, która wcale nie jest tu pełnoprawnym aktorem, tylko tłem nie różniącym się od deszczowego miasta, czy innej lokacji w jakiej zwykle toczą się tego rodzaju obrazy. Wiem, że film nie miał ambicji pobicia, czy chociaż zbliżenia się do ideału Carpentera, ale mógł chociaż założyć kurtkę gore-tex, lodowe raki i powalczyć. Ale jak widać wolał założyć sweter z reniferem, zostać w swoim alpejskim domku i grzać się przy kominku.

Reasumująć – jeśli chcecie porządnie zmarznąć na filmie – proponuję Frozen.

PS: Dodatkowym soplem wbitym w serce jest fakt, że Whiteout jest ekranizacja komiksu pod tym samym tytułem. Czytałem i muszę przyznać, że bije film na głowę. Nawet bałwanią.

Na kolana śmiertelnicy! Pochylcie czoła przed majestatem starożytnych bogów! Niech zadrżą wam kolana, a tarcze i miecze (tudzież pizza i telefony komórkowe) wypadną Wam ze zdrętwiałych z przerażenia rąk. Ukorzcie się przed potęgami Olimpu i przypomnijcie sobie czasy kiedy powietrzem wstrząsał huk pioruna Zeusa, kiedy rozhukane fale oceanu posłuszne były woli Posejdona, i kiedy rozpalały się czeluście Tartaru rządzone przez Hadesa. Oddajcie cześć Nieśmiertelnym i wydajcie w ich nie znające litości ręce reżysera filmu Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy. Złodziej Pioruna.

Tak moi drodzy, dziś dowiemy się jak to jest być synem bożym, zwiedzimy wieczny Olimp, zapolujemy na Meduzę i pofiglujemy z córami Afrodyty. Ale przede wszystkim wynudzimy się jak mopsy i zobaczymy jak nie powinno się ostatnimi czasy kręcić filmów dla młodych odbiorców. Za kamerą Chris Columbus, przed kamerą Sean Bean, Uma Thurman, Pierce Brosnan i jakaś trójka wymoczkowatych bohaterów próbujących ratować świat. Ale po kolei. Chris Columbus jak niektórzy może pamiętają jest reżyserem walczącym już z adaptacjami książek dla młodzieży – wspomnijmy tu Harrego Pottera - można się więc było spodziewać, że biorąc na warsztat podobne dzieło będziemy mieli co oglądać. Niestety srodze się zawiedziemy, Chris zrobił film rozwlekły, mało efektowny i momentami zwyczajnie nudny. Ani to widowiskowe, ani szybkie, ani zabawne. Percy Jackson ewidentnie panu reżyserowi się nie udał, co dziwne biorąc pod uwagę nośność powieści, która w USA jest faktycznie poważnym konkurentem serii o małym czarodzieju. Głównym tego powodem jest fatalnie obsadzona postać głównego bohatera – Logan Lerman nie ma w sobie ani za grosz charyzmy, jaka dana była Danielowi Radcliff’owi. Wiem, że Daniel też nie jest aktorem wyjątkowo uzdolnionym, ale to co pokazał choćby w Half Blood Prince biję na głowę rozmamłane i kompletnie bezpłciowe aktorstwo Lermana. Czytając gdzieś opinię, że Lerman jest podobny aktorsko do niejakiego Zaca Efrona poczułem się jakby ktoś porównywał aktorskie zdolności cegły i kamienia. Lerman ewidentnie kładzie cały film, który byłby może całkiem znośny, gdyby wywalić z niego całą młodą ekipę i zastąpić ich terminatorami. Albo jak się to robi ostatnio modne - komputerowo wygenerowanymi avatarami. Przykro mi tak twierdzić, bo nie lubię mieszać filmów z błotem, ale o trójce głównych bohaterów nie da się powiedzieć naprawdę nic pozytywnego. Może trochę ponad tę szarą masę wybija się Brandon T. Jackson grający tu rolę satyra, przyjaciela i „protektora” Percy’ego. Jest czarny, więc jak to zwykle bywa jest tylko zbiorem grepsów, miejskich przysłów i testosteronu, zwielokrotnionego tutaj przez capią osobowość. Partnerką ekranową naszego herosa jest niejaka Alexandra Daddario, która oprócz prezentowania malowniczo rozkudłanej fryzury i żenujących umiejętności walki wręcz, nie wnosi do opowieści zupełnie nic. A jest jakoby córką Ateny, bogini mądrości, strategii i taktyki. Nie wiem jak wy, ale ja na miejscu bogini widząc taką latorośl zainwestowałbym w wieczną antykoncepcję. Dobrze za to ogląda się starych ekranowych wyjadaczy. Sean Bean jako Zeus jest niezły, szkoda że tak mało go na ekranie. Zabawnie wygląda Uma Thurman z kłębiącymi się na głowie wężami. Kilka niezłych kwestii ma też tutaj Brosnan, który (uwaga SPOILER!) jest centaurem i szefem obozu treningowego dla młodych herosów. Z ekipy olimpijskich bóstw zdecydowanie najlepiej wypada piekielna para - Hades i Persefona. Steve Coogan jest naprawdę świetnie wystylizowany, potwierdzając starą prawdę, że hard rock był narzędziem szatana, a gitary Gibbona i wzmacniacze Marshalla to narzędzia niezbędne do wystroju mieszkania każdego szanującego się władcy ciemności. Rosario Dawson z kolei wnosi do opowieści mocne erotyczne podteksty jak przystało na samotną, niezaspokojona żonę, które choć na parę chwil ożywiają zmęczone oglądaniem tego gniota oczy.

Tyle o aktorach, przejdźmy do samego obrazu, jakim częstuje nas Columbus. Niestety jak już wspominałem nie zobaczymy tutaj jakiś szczególnie efektownych scen - co dziwi, bo w końcu to film o herosach i bogach. Niewiele tu boskich interwencji, większość problemów bohaterowie załatwiają gadżetami o niewątpliwie olimpijskiej proweniencji takimi jak latające Conversy i wieczne pióra zmieniające się w miecze. Szkoda, że reżyser nie poszedł tropem Hadesa i nie uwspółcześnił wizerunków greckiego panteonu, bo byłby to z pewnością zabieg ratujący film i nadający mu więcej stylu. Zamiast tego wyszło poprawne filmidło dla odmóżdżonych zjadaczy kukurudzu i coli, którzy maja w głębokim poważaniu nie tylko stare mity, ale i walkę odtrąconego potomstwa o należne im prawa i uczucia. Zabawne, że w filmie właściwie wszystkie boskie dzieci maja jakieś pretensje do swoich olimpijskich rodziców, ale nic z tego dla fabuły nie wynika. A właśnie fabuła – jakaś się przewija, można ją streścić w jednym zdaniu, spróbujmy - „kiedy skradziono piorun Zeusa i nad światem wybucha groźba wojny między bogami, podejrzanym jest syn władcy mórz Posejdona – Perseusz, który by udowodnić swą niewinność wyrusza wraz z dwójką innych herosów na questa, podczas którego będzie walczył z wieloma mitologicznymi stworami, ale dowie się też prawdy o sobie i pojedna z boskim ojcem”. Żenada.

Jak się okazuje nie wystarczy chwytliwy temat i warsztat, potrzebna jest tez boska interwencja, by stworzyć z Percy’ego Jacksona film, z nie obraz do leczenia chorych na bezsenność. Zabrakło wszystkiego, co powinien mieć dobry film familijny: postaci, historii i emocji.

Miejmy nadzieję, że karzący piorun Liama Neesona przywróci nieśmiertelnym potęgom szacunek, jakim powinni się cieszyć. I żaden Clash of Titans w osobie Sama Worthingtona im w tym nie przeszkodzi.

Release the kraken!!!

wtorek, 09 marca 2010
Po pierwsze - przepraszam za długą nieobecność. Niestety obiektywne przeszkody w postaci permanentnej awarii komputera  przeszkodziły mi w regularnym uzupełnieniu wpisów. Mam nadzieję, że mamy to już za sobą. A teraz do rzeczy.

Dziś nie będzie żadnych recenzji, za to postaram przekazać Wam kilka nieuchronnie nachodzących mnie refleksji na temat oskarowych wyborów i zmian w kinie jako takim.
Jeśli ktoś ostatnie 9 miesięcy spędził na Marsie, tudzież w innej płaszczyźnie czasoprzestrzennej przypominam, że na święta 2009 roku do kin wszedł szumnie zapowiadany Avatar Jamesa Camerona. Film, który  miał w zapowiedziach zrewolucjonizować przemysł filmowy, dać nam nowe przeżycia, pokazać czym powinien być film rozrywkowy XXI wieku. Jak jasno widać z wyników finansowych pan Cameron nie zapomniał jak się robi blockbustery z prawdziwego zdarzenia. Tak, proszę szanownych Państwa - czy nam się to podoba czy nie, kino po Avatarze już nie jest takie samo.Oto dlaczego.

Po pierwsze: ryzyko jakie podjął  Cameron wychwalając film pod niebiosa jeszcze przed premierą. Jeszcze nigdy w historii kina nie mieliśmy do czynienia z tak konsekwentnym przeświadczeniem twórcy o wielkości i rewolucyjności jego dzieła. I nigdy w historii nie mieliśmy tak wygórowanych wymagań co do jednego filmu.

Po drugie: oczywista oczywistość czyli technologia. Miałem przyjemność oglądać ten film na 15-to metrowym ekrane w kinie IMAX. Efekt można opisać jednym słowem - majstersztyk. Nie wiem jak film wyglądał w 2D czy na mniejszych ekranach, ale wiem jedno - siedząc w sali kinowej czułem się jak cyberpunkowy decker siedzący w środku symstymowego show wprost z kart powieści Williama Gibsona. To przyszłość cyfrowej rozrywki, zaczątek upragnonej virtual reality, spojrzenie w następną dekadę kina. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to albo jest idiotą albo natura nie wyposażyła go w zmysły wzroku i słuchu. Jakość, rozdzielczość, efekty optyczne i świetlne, realizm filmowy wygenerowanego świata. Wszystko razem dograne do granic absurdu.

Po trzecie: fabuła czyli coś co jest niepotrzebne. Tak wiem, za chwilę wielbiciele Woodego Allena i Briana de Palmy urwą mi głowę, ale powiem to głośno. Fabuła Avatara nie jest wcale taka zła jakby się mogła wydawać. Co z tego, że to prawie Pocahontas? Argumenty, że jest prosta, przerysowana i przewidywalna brzmią dość zabawnie w ustach ludzi, którzy atakując Camerona zachwycają się jednocześnie takimi arcydziełami splątanej lini fabularnej jak Forest Gump, czy Pretty Woman. Siła kina rozrywkowego tkwi w jego prostocie, a nawet przewidywalności - zawiązanie intrygi, mocny akcent na początek, potem rozładowanie napięcia (i tak po kilka razy), crescendo prowadzące do spektakularnego finału i końcowe wyciszenie. Tak realizuje się filmy od momentu kiedy Spielberg i Lucas stworzyli “kino  Nowej Przygody” i ten wzorzec będzie obowiązywał jeszcze przez długie lata. Cameron dobrze odrobił lekcję - Avatar to poprawnie napisana historia, bez rażących błędów, z niezłymi postaciami i bez zbytniego szarżowania.

Po czwarte (i ostatnie): całokształt czyli rewolucja. Czy się to komuś podoba czy nie - historia kina rozrywkowego już dzieli się na czasy “przed” i “po”Avatarze. Nie pomogą lamentujący krytycy ani wieczni malkontenci. Cameron zmienił oblicze kina, czego najprostszym przykładem są histeryczne konwersję nadchodzących w tym roku hitów na wersje 3D - Alicja w krainie czarów, Clash of Titans, Pirania i reszta niedowiarków, która czujnie liczyła na spektakularną klęskę Camerona, by nie wydawać kolejnych milionów dolarów na produkowanie filmów w obowiązującym od 25 grudnia standardzie. Jak się okazało odwaga i determinacja Camerona nie poszła na marne, dzięki niemu My widzowie będziemy cieszyć się fantastycznymi światami wylewającymi się na Nas prosto z kinowych ekranów. Fantastyczna podróż, w którą zabrał Nas Avatar nie skończy się na Pandorze, ale poprowadzi w nowe doznania, emocje jakich wcześniej nie mogliśmy doświadczyć. Dostaliśmy od Camerona wspaniały prezent - nasze ukochane światy i magiczne miejsca będą jeszcze bardziej nam bliskie i czas jaki w nich spędzimy będzie dla nas jeszcze piękniejszy. Będziemy trochę bliżej marzeń.

Jak mam się więc czuć po decyzji szanownej Akademii Oskarowej o przyznaniu nagrody za najlepszą reżyserię pani Kathryn Bigelow? Rozgoryczony. Bo Oskar za reżyserie należał się Avatarowi jak żaden inny. Nie dla filmu, nie dla fabuły, nawet nie dla realizacji. James Cameron stworzył na naszych oczach wizję, która przeszła do historii i która sama się historią stała. Podjął ciężar reformy kina, które powoli zapadało się pod własnym ciężarem. Które nie potrafiło stworzyć nawet własnych scenariuszy, bezwstydnie żerując na osiągnięciach innych sztuk, adaptując niezliczone powieści, komiksy, gry komputerowe czy odgrzebując wpół zaśniedziałe pomysły sprzed dwóch dekad. Które maskowało efektami i wszechobecną ułudą profesjonalizmu i technokracji miałkość scenariuszy i bezemocyjnośc kolejnych filmowych klisz. Które wreszcie przestało bawić i nudziło nie potrafiąc stworzyć przez prawie dekadę żadnego filmu o którym mógłbym powiedzieć za 20 lat, że był “magiczny i kultowy”.

Avatar
jest filmem naszego pokolenia, filmem technologicznej zmiany warty, czymś o czym będziemy z dumą mówić - “pamiętam jak to wszystko się zaczęło“.

Zaczęło się od marzenia braci Lumiere. Teraz naszymi marzeniami będzie rządził Cameron.

poniedziałek, 26 października 2009

Z okazji zbliżającego się święta wypróżnionych dyń i przebranych idiotów, do pałaców X muzy na terenie całego kraju trafił film opowiadajacy o kolejnym najeździe zombiaków na bogu ducha winną Amerykę. Spodziewajmy się zatem krwi, mięsa, opętanczego walenia z shotgunów i nieskrępowanej orgii destrukcji w apokaliptycznych klimatach. Zatem bierzmy do łapy piłę i poddajmy Zombieland szczegołowej wiwisekcji.

Zanim jednak zalożymy gumowe rękawice i rozpoczniemy odrąbywanie kończyn przyjrzyjmy się przez chwilę innym filmom o zombie jakimi uraczyło nas Hollywood ostatnimi czasy. Moda na paralitycznych wielbicieli ludzkiego mięsa ma w Kalifornii długą i zaszczytną tradycję. Pomińmy jednak klasyki tworzone w prehistorycznych czasach przez Georga Romero (Noc żywych trupów), czy też całą armię produkcji klasy B, albo jak sie to teraz modnie mówi - grindhouse. Skupimy się na świeższych trupach, ktore jeszce nie zdążyły się dobrze zamarynować i nie nabrały kultowej zgnilizny. Zaczęło się chyba od Resident Evil, który przeniósł nas do Racoon City i pokazal trochę gołej Milli Jovovich. Po zasłużonym sukcesie producenci przestali traktować zgniłe korpusy i wymiotowanie własnymi jelitami jako coś poniżej ich godności, i z zapałem włączyli tę tematykę do mainstreamu. Zaczęło się prześciganie w pomysłach. W ten sposob powstał 28 dni później pokazujący zombi z perspektywy sztywnych Angoli, film niezły i wprowadzający sporo nowości do oklepanego schematu. Potem przyszły kontynuacje i żerowanie na widzach. Pojawił się Shaun of the Dead, w którym chciano zrobić jaja z zombiaków, a który mnie do gustu nie przypadł. Jeśli przetrwanie w świecie zombie zależy od kaca, to marną przyszłość wróżę armii nieumarłych, która miałaby pecha najechać typowe polskie osiedle studenckie w sobotę rano. Zombie przebili się nawet do blockbusterów - za ciężkie pieniądze zrealizowany I am Legend okazał się w moim odczuciu strasznym gniotem, w którym najfajniejszym obrazem jest pusty, jak monopolowy w sobotnią noc, Nowy Jork. Jak zwykle ciekawymi pomysłami uraczyli nas Japończycy, którzy mają na wszystko własny pogląd i robią filmy kompletnie od czapy, ale z orginalnymi pomysłami. Przytoczę tylko dwa tytuły: Versus - kompletny mix od zmartwychwstałych samurajów, przez pistoletowe pojedynki karate po wyprawę do samego piekła; Stacy: Attack of the Schoolgirl Zombies - tutaj chyba nie muszę nic tłumaczyć. Popularność motywu jest tak wielka, że nawet pragmatyczni Niemcy zrealizowali potwornie głupią Noc żywych kretynów. Połączenie high school movie z zombiakami, które swojim idiotyzmem bije momentami dzieła Uwe Boll'a na głowę, i to wszystko jeszcze po niemiecku. Zgroza jakich mało. Zresztą wspomniany Uwe też skusił się na tę tematykę, ekranizując (co za zaskoczenie) grę z zombie pod wyjątkowo oryginalnym tytule House of the Dead. Swoja porcję krwi dolali też do kubła Norwedzy z nazistami zombie w Dead Snow - czyżby chcieli rozliczyć się z historią Quislinga? A nawet Hiszpanie postanowili spróbować jak smakuje surowe mięso i pochwalić się, że też potrafią kręcić filmy kamerą wideo z ręki w obrazie Rec. W zestawieniu pomijam oczywiście niezliczone remake'i, reboot'y i inne filmy z "dead" w tytule, których jest więcej niż obietnic Obamy.

W środek tej zadymy trafia zdecydowanie nie mainstream'owy  Zombieland. I radzi sobie nadspodziewanie dobrze. Mamy tu wszystko to co powinien mieć porządny film o zombi - są shotguny, piły łańcuchowe, wysysanie szpiku kostnego i zabójcze klauny. A w środku czwórka mocno przypadkowych bohaterów. Woody Harrelson i Jesse Eisenberg stworzyli całkiem zgrany duet: jeden to z wyboru zabójca zombie, świetnie się odnajdujący w świecie po apokalipsie; drugi - neurotyczny i trzymający sie swoich zasad nerd, którego pierwsze doświadczenie z dziewczyną staje się równocześnie pierwszym zombie killing of the week. Harrelson jest naprawde niezły, trochę twardziela, a trochę szaleńca. Sprawia wrażenie, że w całym tym chorym świecie dobrze się bawi i robi to naprawdę przekonująco. Eisenberg z kolei to postać z młodego pokolenia, wychowana na grach wideo i filmach grozy, która doskonale wie jak sobie radzić z zarazą. Jest też narratorem i przewodnikiem po United States of Zombie. Trochę gorzej wypadają na tym tle panie, Emma Stone jest oczywiście uroczym dodatkiem dla zaspokojenia potrzeb męskiej części widowni (w tym moich), istniejąc po to, by główny bohater mógł z ciamajdowatego leszcza zmienić się w bohatera, ale poza tym w zasadzie nic do filmu nie wnosi. Lepiej wypada za to młoda Abigail Breslin ale to norma, bo w amerykańskich filmach trudno znaleźć sztucznie grające dziecko. Zadęcie i aktorskie drewno przychodzi widocznie wraz dojrzewaniem. Jest też epizodyczna rola Billa Muraya, świetnie ożywiająca moment w którym zazwyczaj w scenariuszu zieje czarna dziura. A scenariusz nie jest wcale zły, bo twórcy decydując się na fabułę surrealistycznej komedii z zombie w tle, wpadli na świetny pomysł. Dzięki temu zabiegowi nie traktujemy filmu tak poważnie jak innych horrorów z tej kategorii, przez co staje się on lekkostrawny, nabiera do siebie dystansu, a widz dobrze sie bawi wiedząc, że to rozrywka a nie próba dętego straszenia ogranymi chwytami. Dlatego Zombieland jest udany - nie ma ambicji bycia strasznym horrorem, nie jest też zamierzoną (lub nie) parodią gatunku. Daje zagrać dobrym aktorom, nie eksponuje banałów i dobrze dozuje sceny z założenia wzruszające, bądź patetyczne. Ma też przewodni motyw podróży, który logicznie spaja opowieść i poprawnie wyjaśnia jak właściwie wszyscy bohaterowie się spotkali. W tym filmie wszystko po prostu trzyma się kupy, a nie rozłazi się jak wątroba u dwuletniego nieboszczyka.

Czy są jakieś minusy? To tylko zwykly rozrywkowy filmik, w sam raz na wieczorne objadanie się popcornem z przyjaciółmi przed telewizorem. Nie ma się co doszukiwać głębszych prawd, czy choćby jakiś poważniejszych motywów prowadzących głównych bohaterów. Nie mówię, że mi tego brakowało, ale film powinien być czymś więcej niż tylko zbiorem dowcipów i grepsów. Ale w sumie czepiam się. Acha, zapomniałem o świetnej ścieżce dźwiękowej - od "Wesela Figara" po Van Halen - która dobrze pasuje do straszno-śmiesznego świata Zombieland'u. Podsumowując - jeśli chce ktoś wybrać się na Halloween do kina najlepszym wyjściem jest właśnie Zombieland. W odpowiednich proporcjach zmieszana krew, benzyna i endorfiny. I o to chodzi. Nawet jeśli tylko powłóczy nogami i charcze krwią z urwanej szczęki.

Jeśli ktoś chce wybrać się na kino ambitniejsze, a w podobnych klimatach to może zaryzykować oczywiście Piłę VI. Tylko niech od razu weźmie ze sobą plastikowy worek. Na wymioty.

A tutaj macie prawdziwe Zombie:

http://www.youtube.com/watch?v=HJEySrDerj0

Pozdrawiam

sobota, 24 października 2009

Nadeszła wreszcie ta chwila Mugole! Różdżki w dłoń, księgi zaklęć pod pachę i miotły pod dupsko! Z zielonym błyskiem Avada Kedavra, z różowawą poświatą Amortentii i hukiem Expelliarmusa do kin (i na salony) wkroczyła szósta część przygód młodego czarodzieja. Przez kina przetoczyła się fala magików wątpliwej prowieniencji, okularnicy znów poczuli się docenieni, a pani Rowling zainkasowała parę skrzyń galeonów za prawa autorskie. Ja zaś z wrodzoną erudycją i skromnością postaram się przybliżyć wam tę najnowszą pozycję, i wyjaśnić czy obejrzeć film czy nie.

Nie.

Może jestem trochę złośliwy. Może nawet bardziej niż trochę. Saga "która uratowała czytelnictwo wśród młodych" (sic!) jest mi dobrze znana i uważam tę powieść za całkiem niezłą. Podobały mi się charakterystyczne postacie, zagmatwana ale dająca się logicznie rozwiązać fabuła i żelazna konsekwencją z jaką kura domowa z Chipping Sodbury przeprowadziła swoich bohaterów przez 7 tomów. Jest oczywiście sporo lepszych powieści w tej szeroko pojętej tematyce, ale tak jak pokolenia wychowywały sie na Ani z Zielonego Wzgórza czy Księdze dżungli (notabene obu powieści nie czytałem), które mają status kultowych i uznanych na świecie, tak książki Rowling pokazały jak powinna wyglądać przygodowa powieść na miarę XXI wieku. Jak na tym tle wypada film? Obawiam się, że dość blado.

Harry Potter and the Half-Blood Prince pana Davida Yatesa bardzo mnie rozczarował. Co dziwne, bo jest on jest również autorem Order of Phoenix, w moim odczuciu najlepszej cześci całej serii. A w najnowszej odsłonie wyraźnie widać, że Yates nie miał pomysłu na realizację. Mogę oczywiście zastosować taryfę ulgową, bo jest to z pewnością najtrudniejsza do ekranizacji część cyklu, ale wyzwania powinny dopingować - inaczej nie mielibyśmy Rocky'ego. Ale wracając. Wiem, że nie ma w książce wydarzeń splatających fabułę w całość (jak Black pryskający z Azkabanu, czy Turniej Trójmagiczny), ale jest dużo więcej psychologicznych zagrywek, interakcji między postaciami i zagłębiania się w mroczną (a jakże!) przeszłość Voldemorta. Film zaś został brutalnie sprowadzony do kiepskiej historii o dorastających nastolatkach niebezpiecznie zbliżając się do kretyńskich amerykańskich produkcji spod znaku high school. Nienawidze takich fabularnych kretynizmów i zaklęciem rozwaliłbym łeb każdemu scenarzyście, który sprzedaje się pisząc kolejną szmirę z Jennifer Love-Hewitt, albo Hayden Panettiere, o szkolnym idiocie, który pokonuje klasowego byczka a potem rżnie królową balu. Na widok takich idiotyzmów dostaję bardzo bolesnej wysypki, a remedium na to jest tylko Bunuel, albo Hitchcock - obaj trudno dostępni w obecnych czasach. Nie twierdzę, że Yates poszedł aż na takie fabularne skróty, ale osią całej fabuły uczynił sercowe rozterki głównych bohaterów, które na ekranie przypominają zaloty słoni chorych na impotencję. Wątek najważniejszy, czyli poszukiwanie wiedzy o początkach Voldemorta zaginał w gąszczu scenariusza, boleśnie okrojony do trzech scen, które nie są ze sobą w zasadzie w ogóle powiązane i szybko o nich zapominamy. Fabuła zatem jest kiepska i dziurawa jak stare rzeszoto.

Czy są jasne strony? Jest tu oczywiście doskonałe rzemiosło aktorskie w wykonaniu starej gwardii: Gambon, Maggie Smith czy Rickman (któremu niestety nie dano wiele pograć) są jak zwykle wyraziści. Doskonale spisują się Śmierciożercy z obłakaną Heleną Bohnam-Carter na czele, którzy dostali tym razem do pomocy nowy nabytek pod postacią Fenrira Greybacka, granego przez Dave'a Legano. Sam co prawda nie wypowiada żadnej kwestii, ale wystarczy, że wyszczerzy kły by młodsza część widowni musiała zmieniać majtasy. Świetną postacią jest Jim Broadbent w roli profesora Slughorna, który w zasadzie trzyma film. Sceny z jego udziałem należą do najlepiej zagranych. Jest też parę smaczków jak choćby króciutki występ Remusa i Tonks, już jako pary zakochanych, czy rozmowa Pottera z panem Weasley'em wsród jego ukochanych mugolskich gratów, gdzie stary Weasley z czułością głaszcze pokrywę pralki czy innego złomu. Jak na tym tle wypada młodzież? Jak zwykle dość kiepsko. Panna Watson sprawia wrażenie, jakby grała w filmie za karę, częstując nas ciągle zbolałymi minami a la Nicholas Cage, Jessie Cave która gra ukochaną Rona, zachowuje się jakby była opóźniona w rozwoju i to dość poważnie. Rupert Grint z kolei praktycznie nie istnieje na ekranie jako aktor dramatyczny. Jest a jakoby go nie było, bo poza prezentacją imponujących przedramion, jakie wyrosły mu w czasie realizacji wszystkich części, nie potrafi pokazać nawet atomu aktorstwa, pomijając sceny z Harrym, w których po prostu jest sobą. Zaskoczenie przychodzi za to z zupełnie niespodziwanej strony. Daniel Radcliffe wreszcie pokazał, że przebywanie przez tyle lat z aktorskimi sławami nie idzie zupełnie na marne. Nie jest to może kreacja na miarę Ledgera (bo do tej trzeba za przeproszeniem umrzeć), ale kilka kwestii w jego wykonaniu przyprawiło mnie o uśmiech i szczere zainteresowanie. Dość wspomnieć kultowe już "but I am the Chosen One", dobre lecz nie jedyne. Co ciekawe, odniosłem wrażenie, że Radcliffe'owi gra się lepiej z towarzystwie męskim niz damskim. Dialogi z Broadbentem, Rickmanem czy od biedy Grintem są o niebo lepsze niż drewniane i łzawe bzdury z panną Watson czy Bonnie Wright (która gra całkiej znośnie jak na postać całkowicie w cieniu Pottera). Scenarzyści za to musieli wybitnie nie lubić Toma Feltona, który jako Malfoy został męską wersją panny Granger. Większość czasu na ekranie spędzą włócząc się po zamku z cierpiętniczą miną, na której nie ma ani nienawiści, ani nawet złości na Pottera i jego bandę. Przecież Harry wsadził mu ojca do więzienia, zhańbił rodzinę na bogów! W książce motywem przewodnim działań Draco była zemsta, a tutaj ma się wrażenie, że wykonuje zadanie, w najlepszym wypadku, z wielką niechęcią, żeby nie powiedzieć, że za karę. To zreszta kolejny niewykorzystany wątek w filmie. O postaciach drugoplanowych można powiedzieć tylko tyle, że są poprawne. Co prawda papierowe i przewidywalne aż do bólu, ale takimi chcieli je widzieć fani. Wiecej pisać nie ma o czym.

Czy o czymś zapomniałem? Czy pora przejść do podsumowań, czy choćby wkroczyć na bardziej ogólną ocenę? Widzę ten film jako straconą szansę. Szansę na uczłowieczenie papierowych postaci, pokazanie że one żyją, mają wątpliwości, uczucia, rozczarowania, że cierpią. W książce Rowling potrafiła postawić przed Potterem wybór: albo uczucie, choćby chwilowe szczęście i zapomnienie; albo ból, ofiary i poszukiwanie swojego nemezis - Voldemorta. A tutaj nic z tego nie zostało, nawet najbardziej poruszająca w swym założeniu scena śmierci Dumbledore'a (z którym przez tyle lat widzowie przecież się zżyli do cholery!) jest jakaś niemrawa. Na twarzach aktorów maluje się wyraz: "wiedziałem że to sie stanie", a na to możemy sobie pozwolić my widzowie, a nie oni. Rozczarują się też ci, którzy liczą na widowiskowość. Zapomnijcie o efektownych zaklęciach, podniebnych rajdach na miotłach czy spektakularnych magicznych efektach. Czarów poza ostatnimi minutami tudzież w okolicach pierwszej godziny filmu (jako żywo po to, aby obudzić tych co zdążyli już przysnąć porwani wartką fabułą) jest tu jak na lekarstwo. Film rozłazi się w szwach, widać jasno że ani reżyser, ani scenarzysta pomysłu na fabułę nie miał, film jest tylko niezdarnie rozkraczonym pomostem pomiędzy Order of Phoenix a Deathly Hallows. No i fajnie, tylko kto lubi oglądać epizody trwające dwie i pół godziny? Yates zmarnował potencjał, zmarnował film, a co najgorsze i niewybaczalne zmarnował dwie godziny z mojej cennej  egzystencji.

Na koniec jak zwykle coś dla fanów i niefanów.

http://www.youtube.com/watch?v=Md6srvyPguE

Pozdrawiam.

PS: Niedługo szykujcie się na krwawą jatkę w najlepszym stylu. Zombie kill of the week zgarnął Zombieland! Już wkrótce.

piątek, 23 października 2009

Wybaczcie długą nieobecność, ale wrogowie nie śpią i ich długie macki (Macki!) spowodowały moją absencję. Na dodatek padłem ofiarą sabotażu - moja nagłupsza na świecie maszyna do pisania odmawiała posłuszeństwa. Na szczęście solidne lanie spowodowało powrót jej do świata żywych w myśl zasady: "nic tak nie odświeża pamięci jak nahajka nad dupą". Nie przedłużajmy zatem.

wtorek, 15 września 2009

W związku z nielicznymi (ale zawsze) atakami wichrzycieli i elementów podejrzanych na moją skromną osobę, w związku z podłymi oszczerstwami wytykającymi mi niekompetencję, postanowiłem dodać ten mały epilog do poprzedniego wpisu.

Tak, zgadzam się, pominąłem parę tytułów. Nie z niekompetencji, ale z lenistwa. Tak, olałem panią Jolie-Pitt z premedytacją, bo nie przepadam za Tomb Raiderem, no chyba że chodzi o Craiga i Butlera. Jolie w filmie grała słabo, fabuła jedynki jeszcze do przełknięcia, dwójka to jakiś koszmarny sen scenarzysty na zaliczeniu podczas 3 roku Akademii.

Tak - wiem, że większość wielbicieli mangi i japońskich lolitek chce posiekać mnie kataną za nie włączenie w mainstream ich ukochanego Final Fantasy VII: Advent Children. No dobra może w filmie był Cloud, Tifa, Barret, odrzutowe motory rodem z Motomyszy z Marsa i miecze co to raz strzelały, a raz kroiły. Wybaczcie, nigdy nie byłem fanem sagi, nie kręciły mnie te pseudoekologiczne pierdoły o Gai, czy innym tałatajstwie i nie spodobał mi się film w ogóle. Może nie mam odpowiedniego podejścia do japońskiej ochrony przyrody rodem z Nusicaai z Doliny Wiatrów. A tak właśnie - czy ktoś z Was - w ogóle to kojarzy?

Nieważne. Tak samo nie wrzuciłem jednych z lepszych ekranizacji - Silent Hill. Dlaczego? Nie chciałem ryzykować, że zmęczony czytaniem odbiorca pacnie czołem w klawiaturę, zastanawiając się o czym od kwadransa bredzi autor. Primum non nocere jak mówi pewna mądra zasada. I znaj proporcję. Ale jeśli już jesteśmy przy Silent Hill to moja opinia brzmi - poprawne, bo bać się nie bałem, ale siedziałem zaciekawiony. Doskonała robota pani Wendy Partrige - mroczne pielęgniarki, Piramidogłowy - zwłaszcza, że to tylko kostiumy, a nie efekty które są w obecnym kinie zdecydowanie nadużywane. No i to jest faktycznie ekranizacja gry, wiele elementów a nawet dialogi są żywcem przeniesione z tego znanego surrival-horroru. Jednym słowem - jest dobrze.

A co tam za chrząkania słyszę z tyłu? A tak, że zapomnialem o jednym z najważniejszych filmów? Że nie pokazałem wam nawet rąbka czerwonej kiecki Milli Jovovich? Cóż, trylogia Resident Evil nie przypadła mi do gustu, no może poza pierwszą częścia, zdecydowanie najlepiej zrealizowaną, z kilkoma świetnymi ujęciami Davida Johnsona. Ale z filmu na film, pan Paul W.S. Anderson (też nie wiem, po co mu te inicjały w srodku) wyraźnie tracił formę. Nie mówię, już o pomyśle kręcenia czwartej części o jakże trafnej nazwie Afterlife. Ile razy na bogów można przeżywać koniec świata?

A na koniec jak zwykle postaram się wam dać coś na osłodę.

Dla wielbicieli Resident Evil :

http://www.youtube.com/watch?v=gcrK-THMW68&feature=PlayList&p=F49E7AEB350DBBF2&playnext=1&playnext_from=PL&index=33

sobota, 12 września 2009

Dziś, moi drodzy, na warsztat idzie obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanatyków sieciowych strzelanin w typie Unreal Tournament, bądź CounterStrike - film o wszystko mówiącym tytule Gamer. Jeśli ktoś przesiedział na księżycu ostatnie 10 lat i nie orientuje się w dziedzinie elektronicznej rozrywki - służę wyjaśnieniem, że wspomniane pozycje to odbywające się w czasie rzeczywistym rozgrywki polegające na ukatrupieniu jak największej liczby wrogów. Rodzajów rozgrywek jest wiele, ale wszystkie sprowadzają się do jednej zasady: "zjeść, lub zostać zjedzonym" czyli przekładając na polski - zabić wszystko co się rusza, za pomocą mniej lub bardziej przerażających narzędzi zagłady. Popularność tych masowych rzezi jest tak wielka, że dekadencki Zachód organizuje nawet olimpiady mające wyłonić najlepszych (najskuteczniejszych w eliminowaniu innych) graczy. Innymi słowy - to wielki biznes i aż dziw bierze, że Hollywood częściej nie sięgało, w swej bezbrzeżnej mądrości, po ten jakże zaniedbany, a rokujący spore zyski, temat. Zanim jednak opowiem wam o filmie Gamer - trochę historii.

Idea ekranizacji gier komputerowych nie jest bynajmniej nowością (cóż za zaskoczenie), bo już w latach 80-tych X muza podejmowała nieśmiałe próby przeniesienia na ekran komputerowych zmagań. I tak powstał kultowy Commando, dość luźno nawiązujący do gry o tym samym tytule, potem kina zaatakowali wąsaci hydraulicy spod znaku Nintendo, w koszmarnym obrazie Super Mario Bros, z miażdżącą rolą Dennisa Hopper jako Koop'y (tak, tak kupy!). Po tym oszałamiającym sukcesie uczucia między obiema branżami lekko się ochłodziły. Lata 90-te poza niezłym Mortal Kombat (z kultową już ścieżką dzwiękową nagraną m. in. przez Type 'O' Negative, Fear Factory czy Orbital), jego katastrofalną kontynuacją, Streetfighter'em z J.C. van Dammem i steampunkowym Double Dragon nic więcej nie spłodziły w tej materii. Potem długo, długo nic. Dopiero początek nowego millenium przyniósł powiew świeżości - Uwe Boll, twórca arcydzieł typu Das Erste Semester czy Sanctimony (ten ostatni z Caspar'em van Dien), powszechnie uznawany za "najgorszego reżysera świata" - odkrył bogactwo ekranizacji gier komputerowych. Od razu zaserwował nam potężnego kopa wysyłając nas w objęcia zombi w House of the Dead, potem totalnie spieprzył doskonały materiał w opartym na prozie H.P. Lovecrafta Alone in the Dark, dalej katował nas obiema częściami drewnianej, jak osinowy kołek wampirzycy Rayne w serii Bloodrayne (w tej roli pani Terminatorowa - Kristanna Loken). Ku przerażeniu graczy w realizacji jest trzecia cześć serii o czerwonowłosej wampirce. Potem poszło już z górki - idiotyczny Postal, wołający o pomstę do bogów wszelakich Dungeon Siege: W imię króla, i na koniec Far Cry z Til Schweiger'em. Wypowiadanie się o poziomie wyżej wymienionych pozycji jest równie bolesne jak zjazd gołą rzycią po poręczy z żyletek do wanny z octem. Niby jest krwawo i zabawnie, ale jak się to komuś opowiada, a nie widzi to na żywo.

Oczywiście nie wszystkie pozycje oparte na grach okazały się beznadziejami na miarę polskich filmów akcji. W 2001 pojawił się całkiem przyzwoity Final Fantasy, co prawda luźno oparty na grze, za co fani zmieszali go z błotem, ale mimo wszystko dający się oglądać. Z kolei w 2005 roku, jeden z "naszych" ludzi w Hollywood, Andrzej Bartkowiak, zrealizował wcale udany space-horror o nazwie Doom. Film nie odstający poziomem wcale a wcale od innych produktów tego typu. Problemem był niestety sam temat ekranizacji - dla graczy Doom to święty Graal, gra od której zaczęła się cała zabawa w strzelanie do paskudztw i kosmitów na ekranie komputera. Oczekiwania były tak potworne, że nie udźwignąłby tego nawet Spielberg na spółkę z Cameronem. Bartkowiak graczem nie był i wagi tematu jak widać nie uchwycił. Na pocieszenie dodam, że Bartkowiak był jedynym z całej tej zgrai, który choć spróbował przedstawić.na ekranie grę jako taką, w bardzo udanej sekwencji first person perspective. No ale w końcu jest operatorem.

Jak na tym tle wypada Gamer? Obawiam się, że reżyser Mark Neveldine (to dzięki niemu możemy oglądać J. Stathama łykającego trucizny i prąd w obu częściach Crank), zjadł własny ogon. Dlaczego? Ano dlatego, że choć film nie jest ekranizacją żadnej z konkretnych gier, czerpie garściami z subkultury zwodowych graczy, ich porażek i zwycięstw. Fabuła prosta jak konstrukcja joysticka - w przyszłości znudzeni gracze nie chcą juz sterować wygenerowanymi komputerowo ludzikami - awatarami. Łakną prawdziwych emocji, więc co za tym idzie, prawdziwego potu i krwi. Nic więc prostszego - wstawiamy w łby zakamieniałych kryminalistów urządzenia pozwalające na bezpośrednie sterowanie nimi przez graczy, dajemy do łapy giwery i wypuszczamy ich w miasto - niech staną sie nowe igrzyska! Niech fruwają obcięte kończyny, leje się niewirtualna krew a przeciwnicy umierają naprawdę. A ten co przeżyje te rzezie, zostanie uniewinniony i wróci do swojej rodziny, psa, kota i całego american dream. Dalej jest przewidywalnie do bólu: jest niesłusznie oskarżony główny bohater (Gerard Butler), jego żona próbująca rozpaczliwie odzyskać ich dziecko, jest demoniczny właściciel korporacji (Michael C. Hall - serialowy Dexter), jest grupa buntowniczych hakerów pragnąca zniweczyć diaboliczny plan zniewolenia ludzkości i wreszcie jest gracz, prowadzący swe alter ego w świecie gry. Nudą wieje, że aż strach. Z delikatnej drzemki nie wybudzały mnie nawet odgłosy strzelanin, wybuchów i fruwających pickup'ów. Spodziewałem, się... no w zasadzie to nie wiem czego się spodziewałem, może trochę Hackerów na miare XXI wieku, może historii o totalitarystycznej kontroli umysłów? Akcji jest tutaj sporo, bo film krótki, a fabułę trzeba jako było zmieścić w 83 minutach. To kolejny zarzut - film jest za krótki, połowa wątków nierozwinięta, połowa postaci niewykorzystana. Ale może to i dobrze, przynajmniej przez tą chwilę jaką leci filmik nie zdążymy ani ich polubić, ani znienawidzieć.

Ale nie wszystko w tym filmie stracone. Niewykorzystany potencjał mają sekwencję z drugiej "prawdziwej" gry dziejącej się na ekranie. To takie Sims i Second Life na sterydach, pełne przypadkowych zbliżeń, seksu w różnych kolorach i konfiguracjach, dziwacznych postpunkowych hermafrodytów i japońskich uczennic. I tutaj właśnie jest jasny punkt obrazu. Sceny są wyraziste, odhumanizowane, widać automatyczność, brak sprzeciwu, ale i emocji. Te zaś są aż nadto widoczne na twarzy sterujących awatarami - spasionego grubasa, czy chorej dziewczynki. Tu w filmie leżał potencjał, stokrotnie bardziej chciałbym obejrzeć schizofreniczne przeżycia żony bohatera wikłającej się w sadystyczną poniekąd grę, dla ratowania córki przed adopcją, niż ekwilibrystyczne popisy Kable'a rozwalającego serią z kałacha kolejnego rozmemłanego przeciwnika. Niestety reżyser poszedł drogą prostszą i czytelniejszą dla dzisiejszego pokolenia rozwalającego sobie mózgi w Halo czy Call of Duty. A szkoda, bo można było oprócz bezsensownej masakry przemycić choć promień oświecenia i ostrzeżenie przed atomizowaniem społeczeństwa, rozpartego już nie przed telewizorami, a przed multimedialnym kombajnem wchłaniającym nasze myśli, uczucia i marzenia. Wizja tyleż przerażająca co realna.

A na zakończenie powiem, że najlepszy film zrealizowany na podstawie gry to, moim skromnym zdaniem, 8 minutowa tajemnicza sekwencja, która pojawiła się w internecie, i przedstawiała domniemaną ekranizację wielkiego konsolowego hitu - serii Halo. Plotek i domysłów nie brak, podobno realizacją ma się zająć duet Jackson - Blomkamp. Cóż, jeśli pokażą taką klasę jak przy District-9, będzie co oglądać.

A na razie odrywam się od filmów i wracam do mordowania na francuskich serwerach w mojego ulubionego Quake 3.

Sekwencją FPP z Doom'a

http://www.youtube.com/watch?v=84qPafzJaig

Halo: Arms Race

http://www.youtube.com/watch?v=yUcreY0X33k

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Dziś pod młotek idzie sztandarowa produkcja wakacyjna, czyli G.I.JOE. Po latach odgrzewania historii U.S Army w pozycjach typu Szeregowiec Ryan, czy Sztandar chwały producenci zdecydowali się na pokazanie nam świetlanej przyszłości, ku której niewątpliwie zmierza ta najnowocześniejsza armia świata. O tym, że film jest ekranizacją komiksu, prequelem i remake'em w jednym nie piszę, bo to oczywiste - zresztą Hollywood zarzuciło już pisanie oryginalnych scenariuszy, wychodząc ze słusznego poniekąd założenia, że wszystko co warte przeczytania i obejrzenia już powstało, więc nie ma się co starać. O fabule zatem nie da się powiedzieć nic innego poza tym, że ktoś wziął pieniądze na scenariusz, który zakończył się w bólach po 15 stronach. Zresztą historią zawartą w tym filmie można by zawrzeć w teledysku i to dość krótkim, mając w pamięci dokonania na tym polu Aerosmith albo Guns'n'Roses. Co dostajemy w zamian? Dwie godziny pełnej radości sieczki z użyciem najnowszych wojskowych technologii - samolotów kosmicznych, satelitów, pancerzy wspomaganych, podwodnych kajaków i wielkich giwer. Nad całym tym rozbrykanym towarzystwem czuwa Dennis Quaid, jako generał Hawk, grający jak mniemam rolę swojego życia. Reszta obsady jest w zasadzie nieistotna, aktorzy są tu tylko żywymi manekinami, które testują na własnej skórze efekty działania broni i sprzętu. Zabawnym akcentem jest postać niejakiego Gung Ho, którego w swej hamletyzującej postaci zagrał pogromca Mumii i Grobowca cesarza smoka - Brendan Frasier. Każdy chłopiec, który bawił się kiedyś figurkami i zna historię tej postaci pewnie wyrywał sobie na seansie włosy z głowy. Co do postaci kobiecych, to oczywiście są obecne - stojące po przeciwnej stronie barykady Baronessa i Scarlett różnią się od siebie tylko kolorem włosów i innym ułożeniem pasków na czarnym lateksie. Daje sobie radę tylko doctor Who, czyli Christopher Eccleston, starający się ze wszystkich sił być demoniczny i mroczny jak na handlarza bronią przystało.

No tak. Wiem, że ten film to tylko tania rozrywka dla całej rodziny. Całej. Dlatego pomimo oczywistej dawki przemocy - śmierci w nim nie uświadczysz. A jeśli nawet się taka zdarzy, to piękna i bezkrwawa. Jest za to akcja, akcja i akcja. Nie mamy czasu zastanawiać się nad fabułą, nawet nie ma czasu na komentowanie poszczególnych scen, bo film pędzi do przodu jak ruski SCUD. Czy mimo to daje się to oglądać? Nie. Obawiam sie, że twórcy strzelili sobie w stopę realizując film o początkach istnienia grupy bohaterów, na której przygodach wychowały się przynajmniej dwa pokolenia amerykańskich (i nie tylko) chłopców. I tak zamiast wrogiej organizacji Cobra mamy zaledwie paru bandziorów, zamiast plejady wrogów - jeden jedyny Destro i to jeszcze przez cały film paradujący bez kultowej srebrnej maski. Przepadł gdzieś demoniczny doktor Mindbender - w zamian dostaliśmy, sapiącego jak Vader i z gębą Kabala, mamisynkowatego Cobra Commandera, który jeszcze w finale daje się razem z Destro złapać łamiąc żelazne zasady komiksu, gdzie zawsze zwiewał w ostatniej chwili drąc się na całe gardło "To jeszcze nie koniec!!!". Nie lepiej wygląda sytuacja po stronie dzielnych amerykańskich gierojów, których też jakoś strasznie niewielu. Może się czepiam, ale chciałbym zobaczyc tych wszystkich o których czytałem na kartach komiksu - Roadblocka, Stalkera, Flinta, Wild Billa i innych. A tutaj raptem trzech facetów, z których do walki nadaje sie tylko ninja Snake-Eyes. I rudowłosa panienka, będąca hołdem dla obecnego sfeminizowanego społeczeństwa i szeroko pojętej poprawności politycznej. Zaraza.

Zastanawiałem się czy coś ten film ratuje. Czy nuda wiejąca z ekranu mimo ciągłej nawalanki daje się czymś przełamać? Czy pada w filmie choć jeden greps, który możemy powtórzyć znajomym nie ryzykując wywołania pełnego politowania uśmiechu? Otóż nie Marianie, jak mawiała pewna wielka polska aktorka. Produkcja jest denna, głupia, i nie zapadająca w pamięć, ale to jeszcze możemy wybaczyć. To wszakże nie Bergman, ani Bertolucci. Ale tego, że te scenariuszowe wypociny nie miały nic wspólnego z porządną rozrywką, że usypiały i wprawiały w stan, w którym zdolny byłem tylko wodzić baranim wzrokiem za opiętym biustem Sienny Miller - tego wybaczyć nie mogę.

Dlatego, tego lata, zdecydowanym numerem jeden w kategorii "rodzinna i radosna rozpierducha", wciąż pozostają moim zdaniem Transformersy. Też od Hasbro.

sobota, 22 sierpnia 2009

"Człowiek kosmicie wilkiem"

Takie hasło powinno przyświecać twórcom i widzom najnowszej produkcji Neill'a Blomkamp'a, który po latach spędzonych na robieniu efektów 3D do takich arcydzieł gatunku jak Stargate SG-1 i Smallville zajął się reżyserią. I to reżyserią przez wielkie "R". Fabularny debiut wypadł naprawde dobrze. District-9 to z pewnoscią najciekawszy film o pozaziemskich gościach od... bo ja wiem, Bliskich spotkań Spielberga? Zresztą i tak nie ma co porównywać, bo D-9 to film tak nowatorski w tym temacie jak to tylko możliwe.

Byłem zaskoczony. Nie tym, że Blomkamp odwrócił klasyczne przedstawienie ludzkość - kosmici do góry nogami. Nie ma tutaj inwazji, zniszczenia. Jest za to getto, fawele w których wegetują owadopodobni obcy,grzebiąc w śmieciach, a wokół jeżdża źli ludzie w białych, opancerzonych ciężarówkach. Ale reżyser nie wpadł (chwała mu z to!) w prosta relację dobrzy - źli. Obcy nie są wcale lepsi od nas - agresywni, handlują z tubylcami własną bronią, prostytuują się. Inaczej mówiąc, polubić ich trudno. Chociaż czarnymi charakterami w tej opowieści są zdecydowanie homo sapiens, nie mamy w zasadzie nikogo z kim możemy się identyfikować. Głownego bohatera spotka kara za to, że służył korporacji, jego obcy partner dba tylko o siebie - mając do wyboru możliwość uratowania swego gatunku albo siebie i potomka (jakoś mi nie pasuje słowo syn) wybiera bez większych skrupułów to drugie. Tak więc obie rasy to tylko partykularyzm i własne interesy.

Warstwa wizualna filmu jest naprawdę wspaniała. Lata doświadczeń Neill'a nie poszły na marne - film imponuje doskonałymi efektami, postacie obcych są bardzo naturalne, tak samo jak statki, czy broń. Podobne najlepsze efekty to takie, ktorych się nie zauważa. Tak jest właśnie w D-9. Film jest kręcony w formie rozbudowanego reportażu co wychodzi na dobre fabule, która nie zawiera karkołomnych scenariuszowych wolt. Na wysokości zadania stanęli aktorzy, zwłaszcza Sharlto Copley, grający główną rolę. Przechodzący na ekranie podwójną ewolucję - fizyczną i psychiczną - zagrał to naprawdę przekonywująco. Miałem wrażenie nawet, że  pod koniec filmu zgubił swój denerwujący afrykanerski akcent.

A co do moich subiektywnych odczuć? Coż... film mną na pewno nie wstrząsnął. Albo za duzo sobie obiecywałem, albo za dużo o filmie wiedziałem. Niewiele jest tutaj zaskakujących zwrotów akcji choć, co ciekawe, nie nudziłem się oglądając. Tematyka jest trudna, z pewnością film spotka się z krytyką, że przemyca banały o segregacji i tępieniu inności. Pada nawet w filmie magiczne słowo "concentration camp", są eksperymenty na obcych, kontrola urodzeń i niszczenie embrionów. Mocna w swym wyrazie jest scena, w której dla  eksperymentu rostrzeliwuje się z kosmicznej broni bezbronnego kosmitę. Czyli jest naprawdę źle. Z nami. Bo D-9 to przecież film o nas. o naszej ludzkiej nienawiści - do tego co inne, obce, mówiące w dziwnym języku. Zabijamy i kontrolujemy, bo jesteśmy zawistni, małostkowi i nienawidzimy inności, która wydaje się od nas lepszą.

To chyba chciał nam powiedzieć Blomkamp. I powiem zupełnie szczerze - udało mu się mnie przekonać. Bez zadęcia i pompatyczności. District-9 to napewno jeden z najważniejszych filmów SF ostatniej dekady.

Teraz czekamy na potężną odpowiedź z plazmowego blastera jaką zaserwuje nam Hollywood pod postacią J. Camerona i jego miażdżącego Avatara.

A tutaj dla porównania trailery:

District-9

http://www.youtube.com/watch?v=d6PDlMggROA

Avatar

http://www.filmweb.pl/WIDEO+Ju%C5%BC+jest+zwiastun+%22Avatara%22+Jamesa+Camerona,News,id=53789

 
1 , 2